Plany...
Przez ostatnich 10 dni przed wyjazdem z Xiamenu planowałam zrobić wszystko, co odkładałam na 'przed wyjazdem' przez dwa lata... Pojechać do lasu deszczowego i zobaczyć największą (podobno) chińską lianę, połazić po wulkanie w rezerwacie w Zhangzhou, odwiedzić akwarium na Gulangyu i obejrzeć karmienie rekinów...
No i, żeby maksymalnie wykorzystać atrakcje lokalne, miałam codziennie pływać w morzu, jeziorze i łazić po ukochanych górkach lokalnych... A, jeszcze popracować w międzyczasie i zrobić zakupy jedzenia na rok. I - JEŚĆ!
Po raz kolejny okazało się, że nie mogę robić planów. Nigdy. Pod żadnym pozorem. Jeśli cokolwiek zaplanuję, to nie mam szans tego wykonać.
Moje zakupy, jak na razie, składają się głównie z wszelkiej maści chińskich i zachodnich leków na zatoki i zapalenie oskrzeli, obniżających gorączkę i przeciwzapalnych. Nawet mam jakieś lekarstwo z wyciągiem z maku... Opracowałam też nową trasę trekkingową do sklepu na kampusie (jest dłuższa, ale mniej męcząca niż ta, w której występują schody), a i z wody korzystam kilka razy dziennie - nie ma to jak gorący prysznic, kiedy na zewnątrz jest zdrowo ponad 30 stopni...
I w końcu spełniło się moje marzenie - mogę jeść lajiao w ilościach, które normalnego człowieka by zabiły. Standardowa dawka w Xiamen to łyżeczka mazi lajiaowej na miskę zupy, studenci z Sichuanu dochodzą do trzech, a ja 2 dni temu już po 6 łyżeczkach zaczęłam wyczuwać jakiś ślad smaku...
Nie mogę się doczekać 10h w klimatyzowanym autobusie do Hong Kongu i późniejszej podróży do Europy, poprzedzonej przekonywaniem służb lotniskowych, że syropki, krople do nosa etc. są mi naprawdę niezbędne w podróży (o ile, rzecz jasna, nie zdecydują się mnie nie wpuścić do samolotu, ze względów epidemiologicznych).
To tyle z optymistycznych wieści z Państwa Środka.
Po raz kolejny okazało się, że nie mogę robić planów. Nigdy. Pod żadnym pozorem. Jeśli cokolwiek zaplanuję, to nie mam szans tego wykonać.
Moje zakupy, jak na razie, składają się głównie z wszelkiej maści chińskich i zachodnich leków na zatoki i zapalenie oskrzeli, obniżających gorączkę i przeciwzapalnych. Nawet mam jakieś lekarstwo z wyciągiem z maku... Opracowałam też nową trasę trekkingową do sklepu na kampusie (jest dłuższa, ale mniej męcząca niż ta, w której występują schody), a i z wody korzystam kilka razy dziennie - nie ma to jak gorący prysznic, kiedy na zewnątrz jest zdrowo ponad 30 stopni...
I w końcu spełniło się moje marzenie - mogę jeść lajiao w ilościach, które normalnego człowieka by zabiły. Standardowa dawka w Xiamen to łyżeczka mazi lajiaowej na miskę zupy, studenci z Sichuanu dochodzą do trzech, a ja 2 dni temu już po 6 łyżeczkach zaczęłam wyczuwać jakiś ślad smaku...
Nie mogę się doczekać 10h w klimatyzowanym autobusie do Hong Kongu i późniejszej podróży do Europy, poprzedzonej przekonywaniem służb lotniskowych, że syropki, krople do nosa etc. są mi naprawdę niezbędne w podróży (o ile, rzecz jasna, nie zdecydują się mnie nie wpuścić do samolotu, ze względów epidemiologicznych).
To tyle z optymistycznych wieści z Państwa Środka.